<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:googleplay="http://www.google.com/schemas/play-podcasts/1.0" xmlns:itunes="http://www.itunes.com/dtds/podcast-1.0.dtd" xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" xmlns:podcast="https://podcastindex.org/namespace/1.0">
  <channel>
    <atom:link href="https://feeds.simplecast.com/a_YELVyb" rel="self" title="MP3 Audio" type="application/atom+xml"/>
    <atom:link href="https://simplecast.superfeedr.com" rel="hub" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom"/>
    <generator>https://simplecast.com</generator>
    <title>The World Explained</title>
    <description>The World Explained to projekt, który powstał z potrzeby mówienia prawdy w świecie pełnym manipulacji. Regularnie publikujemy nowe materiały, felietony i analizy, które w tłumaczą najważniejsze mechanizmy rządzące społeczeństwem, polityką i gospodarką. Światem, w którym żyjemy.</description>
    <copyright>2026 The World Explained</copyright>
    <language>pl</language>
    <pubDate>Sat, 9 May 2026 19:49:59 +0000</pubDate>
    <lastBuildDate>Sat, 9 May 2026 19:50:08 +0000</lastBuildDate>
    <image>
      <link>https://the-world-explained.simplecast.com</link>
      <title>The World Explained</title>
      <url>https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/ad4d215b-a7c2-42c7-a474-0f9df57b58a0/3000x3000/twe_podcast_01_large.jpg?aid=rss_feed</url>
    </image>
    <link>https://the-world-explained.simplecast.com</link>
    <itunes:type>episodic</itunes:type>
    <itunes:summary>The World Explained to projekt, który powstał z potrzeby mówienia prawdy w świecie pełnym manipulacji. Regularnie publikujemy nowe materiały, felietony i analizy, które w tłumaczą najważniejsze mechanizmy rządzące społeczeństwem, polityką i gospodarką. Światem, w którym żyjemy.</itunes:summary>
    <itunes:author>Tomasz Hildt</itunes:author>
    <itunes:explicit>false</itunes:explicit>
    <itunes:image href="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/ad4d215b-a7c2-42c7-a474-0f9df57b58a0/3000x3000/twe_podcast_01_large.jpg?aid=rss_feed"/>
    <itunes:new-feed-url>https://feeds.simplecast.com/a_YELVyb</itunes:new-feed-url>
    <itunes:owner>
      <itunes:name>The World Explained</itunes:name>
      <itunes:email>tomasz.hildt@hjhps.com</itunes:email>
    </itunes:owner>
    <itunes:category text="News">
      <itunes:category text="News Commentary"/>
    </itunes:category>
    <itunes:category text="Society &amp; Culture">
      <itunes:category text="Personal Journals"/>
    </itunes:category>
    <item>
      <guid isPermaLink="false">aa8434f1-b170-4b39-9eba-4536463e6226</guid>
      <title>Europa żebrze o AI. Gdzie jest nasza technologia?</title>
      <description><![CDATA[Europa chce regulować sztuczną inteligencję, przesłuchiwać amerykańskie firmy i domagać się dostępu do ich najnowszych modeli. Problem polega na tym, że sama nie zbudowała technologii, która dawałaby jej realną siłę negocjacyjną.

Mówię o europejskim spektaklu bezradności wobec Anthropic, OpenAI i całego amerykańskiego ekosystemu AI. O tym, dlaczego regulacje nie zastąpią własnych modeli, własnej infrastruktury, kapitału, talentu i odwagi do ryzyka.
Pytanie nie brzmi: dlaczego Anthropic nie dał Europie dostępu? Pytanie brzmi: dlaczego Europa nie ma własnego Anthropica? 
]]></description>
      <pubDate>Sat, 9 May 2026 19:49:59 +0000</pubDate>
      <author>tomasz.hildt@hjhps.com (The World Explained)</author>
      <link>https://the-world-explained.simplecast.com/episodes/europa-ebrze-o-ai-gdzie-jest-nasza-technologia-qexuszQJ</link>
      <media:thumbnail height="720" url="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/80d67782-c4bc-48ed-ae1d-e8db8a3376f4/twe_podcast_02_large.png" width="1280"/>
      <enclosure length="9505393" type="audio/mpeg" url="https://cdn.simplecast.com/media/audio/transcoded/2726f6a8-0360-44f6-97bd-1acb53811cfa/05377bf6-d2b0-4d9f-9f25-5cfb49b9072a/episodes/audio/group/eb60fd72-f562-482a-a450-a8a8be4e247b/group-item/723ecd98-4bce-4e4f-bb5f-e81f923e3e6e/128_default_tc.mp3?aid=rss_feed&amp;feed=a_YELVyb"/>
      <itunes:title>Europa żebrze o AI. Gdzie jest nasza technologia?</itunes:title>
      <itunes:author>The World Explained</itunes:author>
      <itunes:image href="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/ad4d215b-a7c2-42c7-a474-0f9df57b58a0/3000x3000/twe_podcast_01_large.jpg?aid=rss_feed"/>
      <itunes:duration>00:08:30</itunes:duration>
      <itunes:summary>Europa chce regulować sztuczną inteligencję, przesłuchiwać amerykańskie firmy i domagać się dostępu do ich najnowszych modeli. Problem polega na tym, że sama nie zbudowała technologii, która dawałaby jej realną siłę negocjacyjną.

Mówię o europejskim spektaklu bezradności wobec Anthropic, OpenAI i całego amerykańskiego ekosystemu AI. O tym, dlaczego regulacje nie zastąpią własnych modeli, własnej infrastruktury, kapitału, talentu i odwagi do ryzyka.
Pytanie nie brzmi: dlaczego Anthropic nie dał Europie dostępu? Pytanie brzmi: dlaczego Europa nie ma własnego Anthropica?</itunes:summary>
      <itunes:subtitle>Europa chce regulować sztuczną inteligencję, przesłuchiwać amerykańskie firmy i domagać się dostępu do ich najnowszych modeli. Problem polega na tym, że sama nie zbudowała technologii, która dawałaby jej realną siłę negocjacyjną.

Mówię o europejskim spektaklu bezradności wobec Anthropic, OpenAI i całego amerykańskiego ekosystemu AI. O tym, dlaczego regulacje nie zastąpią własnych modeli, własnej infrastruktury, kapitału, talentu i odwagi do ryzyka.
Pytanie nie brzmi: dlaczego Anthropic nie dał Europie dostępu? Pytanie brzmi: dlaczego Europa nie ma własnego Anthropica?</itunes:subtitle>
      <itunes:explicit>false</itunes:explicit>
      <itunes:episodeType>full</itunes:episodeType>
      <itunes:episode>7</itunes:episode>
    </item>
    <item>
      <guid isPermaLink="false">de5f7cea-8bbc-41fc-9f8e-b7e2dd8b5696</guid>
      <title>Polska służba zdrowia działa świetnie!</title>
      <description><![CDATA[<p>Polska służba zdrowia nie jest chora. Ona działa świetnie, dokładnie tak, jak została zaprojektowana. I dokładnie tak, jak chcemy żeby działała. Problem w tym, że nikt nie ma odwagi nam tego powiedzieć wprost. Uczestniczymy w spektaklu, który trwa od dekad. Kolejne rządy, kolejni ministrowie — nazwiska się zmieniają, mechanizm pozostaje identyczny. Obiecujemy reformy, wstrzykujemy kolejne dziesiątki miliardów, a na końcu słyszymy to samo: za mało pieniędzy, źli zarządcy, trudna demografia. Tymczasem prawdziwa diagnoza jest znacznie bardziej niewygodna. Mamy system, który nie został zaprojektowany po to, żeby leczyć ludzi. Został zaprojektowany po to, żeby podtrzymywać samego siebie. I robi to, trzeba przyznać, z imponującą skutecznością. Wystarczy spojrzeć na liczby. Polska należy do europejskich liderów pod względem liczby łóżek szpitalnych na tysiąc mieszkańców — 6,3, przy średniej OECD wynoszącej 4,2. Wyprzedzamy Niemcy, Francję, Wielką Brytanię. Brzmi jak powód do dumy? Tylko że gdy spojrzymy na rzeczywiste efekty — długość życia, śmiertelność niemowląt, przeżywalność w nowotworach — okazuje się, że kraje z mniejszą liczbą łóżek radzą sobie wyraźnie lepiej. Polska: 78,5 roku. Unijna średnia: ponad 81,5. Paradoks? Tylko pozorny. Więcej łóżek nie oznacza lepszej opieki. Oznacza wyższe koszty. Każde dodatkowe łóżko to cały aparat: budynek do ogrzewania, klimatyzowania, sprzątania, remontowania — administracja, księgowość, systemy informatyczne, magazyny, pralnie, kuchnie. Machina, która pochłania ogromne środki zanim pierwszy pacjent wejdzie na oddział. W 2026 roku publiczne wydatki na ochronę zdrowia mają wynieść blisko 248 miliardów złotych. Ponad połowa budżetu NFZ trafia do szpitali. Na podstawową opiekę zdrowotną: 11 procent. W Holandii, Danii, Wielkiej Brytanii — 15 do 20 procent. Efekt? Hospitalizacje, których można byłoby uniknąć, są u nas o 71 procent wyższe niż średnia OECD. Dlaczego tak jest? Bo szpital powiatowy w Polsce to nie instytucja medyczna. To projekt polityczny. Dla starosty — prestiż i miejsca pracy. Dla posła — idealny temat kampanijny. Nikt nie zadaje podstawowego pytania: czy ten szpital medycznie ma w ogóle sens? Czy potrzebujemy porodówki, w której rodzi się troje dzieci tygodniowo? Oddziału kardiologicznego, który robi dwa zabiegi miesięcznie? Skutki są łatwe do przewidzenia. Zespół bez regularnej praktyki traci umiejętności. Lekarz, który operuje raz na kilka dni, nie utrzyma tej samej wprawy co kolega z dużego centrum. W razie poważnej komplikacji często bezpieczniej jest przewieźć pacjenta dalej niż próbować ratować go na miejscu. Ale tego nikt głośno nie powie, bo szpital jest dla ludzi. Zadłużenie publicznych zakładów opieki zdrowotnej sięga blisko 28 miliardów złotych. Zobowiązania wymagalne przekroczyły w trzecim kwartale 2025 roku 4,2 miliarda. Dla normalnego przedsiębiorstwa byłby to alarm najwyższego stopnia. U nas to stan niemal naturalny. Szpitale wiedzą, że prędzej czy później ktoś je oddłuży. I rzeczywiście — oddłużano je za każdej kadencji, za każdego ministra. Nikt nie ponosi konsekwencji. Dług nie jest problemem do rozwiązania. Jest elementem modelu finansowania. To wszystko możliwe jest dzięki genialnemu w swojej prostocie systemowi rozmytej odpowiedzialności. NFZ płaci za świadczenia, ale nie decyduje które szpitale mają istnieć. Ministerstwo ustala standardy, ale nie zarządza placówkami. Samorządy są właścicielami, ale nie ponoszą pełnych kosztów. W razie kryzysu każdy wskazuje na kogoś innego. I wszyscy mają rację. Dlatego w efekcie nikt nie ma racji. I system trwa. Wszyscy, którzy znają temat od środka — eksperci, menedżerowie, lekarze z doświadczeniem zagranicznym — wiedzą co należałoby zrobić. Koncentracja leczenia w większych ośrodkach. Prawdziwa opieka ambulatoryjna. Profilaktyka. Rzeczywista rozliczalność. To nie jest wiedza tajemna. Problem w tym, że każda próba wdrożenia kończy się politycznym samobójstwem. Wystarczy że ktoś spróbuje zamknąć nierentowną placówkę — natychmiast wybucha lokalny bunt. Drogi zablokowane, media piszą o likwidacji opieki, opozycja obiecuje przywrócenie szpitala. Lekcja jest jasna: nie ruszaj szpitali jeśli chcesz zostać na stanowisku. To nie jest efekt przypadku ani zbiorowej niekompetencji. To świadomy, choć nigdy wprost nie nazwany wybór. Stabilność polityczna ponad efektywnością medyczną. Polska służba zdrowia nie jest chora. Jest dokładnie taka, jaką jako społeczeństwo sobie zbudowaliśmy i jaką konsekwentnie podtrzymujemy — przy każdych wyborach samorządowych, przy każdym proteście przed szpitalem, przy każdym okrzyku "nie damy zamknąć". Dopóki nie będziemy gotowi zapłacić tej politycznej ceny, wszystkie ministerialne obietnice pozostaną tym, czym zawsze były: pustymi deklaracjami na tle zdjęcia z białą kitlą. Zmiana nie zacznie się od kolejnej ustawy ani od kolejnych miliardów. Zacznie się wtedy, gdy przestaniemy udawać, że ktoś inny jest temu winien.</p>
]]></description>
      <pubDate>Mon, 4 May 2026 06:00:00 +0000</pubDate>
      <author>tomasz.hildt@hjhps.com (The World Explained)</author>
      <link>https://the-world-explained.simplecast.com/episodes/polska-suba-zdrowia-dziaa-wietnie-TC2_7yPr</link>
      <media:thumbnail height="720" url="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/80d67782-c4bc-48ed-ae1d-e8db8a3376f4/twe_podcast_02_large.png" width="1280"/>
      <content:encoded><![CDATA[<p>Polska służba zdrowia nie jest chora. Ona działa świetnie, dokładnie tak, jak została zaprojektowana. I dokładnie tak, jak chcemy żeby działała. Problem w tym, że nikt nie ma odwagi nam tego powiedzieć wprost. Uczestniczymy w spektaklu, który trwa od dekad. Kolejne rządy, kolejni ministrowie — nazwiska się zmieniają, mechanizm pozostaje identyczny. Obiecujemy reformy, wstrzykujemy kolejne dziesiątki miliardów, a na końcu słyszymy to samo: za mało pieniędzy, źli zarządcy, trudna demografia. Tymczasem prawdziwa diagnoza jest znacznie bardziej niewygodna. Mamy system, który nie został zaprojektowany po to, żeby leczyć ludzi. Został zaprojektowany po to, żeby podtrzymywać samego siebie. I robi to, trzeba przyznać, z imponującą skutecznością. Wystarczy spojrzeć na liczby. Polska należy do europejskich liderów pod względem liczby łóżek szpitalnych na tysiąc mieszkańców — 6,3, przy średniej OECD wynoszącej 4,2. Wyprzedzamy Niemcy, Francję, Wielką Brytanię. Brzmi jak powód do dumy? Tylko że gdy spojrzymy na rzeczywiste efekty — długość życia, śmiertelność niemowląt, przeżywalność w nowotworach — okazuje się, że kraje z mniejszą liczbą łóżek radzą sobie wyraźnie lepiej. Polska: 78,5 roku. Unijna średnia: ponad 81,5. Paradoks? Tylko pozorny. Więcej łóżek nie oznacza lepszej opieki. Oznacza wyższe koszty. Każde dodatkowe łóżko to cały aparat: budynek do ogrzewania, klimatyzowania, sprzątania, remontowania — administracja, księgowość, systemy informatyczne, magazyny, pralnie, kuchnie. Machina, która pochłania ogromne środki zanim pierwszy pacjent wejdzie na oddział. W 2026 roku publiczne wydatki na ochronę zdrowia mają wynieść blisko 248 miliardów złotych. Ponad połowa budżetu NFZ trafia do szpitali. Na podstawową opiekę zdrowotną: 11 procent. W Holandii, Danii, Wielkiej Brytanii — 15 do 20 procent. Efekt? Hospitalizacje, których można byłoby uniknąć, są u nas o 71 procent wyższe niż średnia OECD. Dlaczego tak jest? Bo szpital powiatowy w Polsce to nie instytucja medyczna. To projekt polityczny. Dla starosty — prestiż i miejsca pracy. Dla posła — idealny temat kampanijny. Nikt nie zadaje podstawowego pytania: czy ten szpital medycznie ma w ogóle sens? Czy potrzebujemy porodówki, w której rodzi się troje dzieci tygodniowo? Oddziału kardiologicznego, który robi dwa zabiegi miesięcznie? Skutki są łatwe do przewidzenia. Zespół bez regularnej praktyki traci umiejętności. Lekarz, który operuje raz na kilka dni, nie utrzyma tej samej wprawy co kolega z dużego centrum. W razie poważnej komplikacji często bezpieczniej jest przewieźć pacjenta dalej niż próbować ratować go na miejscu. Ale tego nikt głośno nie powie, bo szpital jest dla ludzi. Zadłużenie publicznych zakładów opieki zdrowotnej sięga blisko 28 miliardów złotych. Zobowiązania wymagalne przekroczyły w trzecim kwartale 2025 roku 4,2 miliarda. Dla normalnego przedsiębiorstwa byłby to alarm najwyższego stopnia. U nas to stan niemal naturalny. Szpitale wiedzą, że prędzej czy później ktoś je oddłuży. I rzeczywiście — oddłużano je za każdej kadencji, za każdego ministra. Nikt nie ponosi konsekwencji. Dług nie jest problemem do rozwiązania. Jest elementem modelu finansowania. To wszystko możliwe jest dzięki genialnemu w swojej prostocie systemowi rozmytej odpowiedzialności. NFZ płaci za świadczenia, ale nie decyduje które szpitale mają istnieć. Ministerstwo ustala standardy, ale nie zarządza placówkami. Samorządy są właścicielami, ale nie ponoszą pełnych kosztów. W razie kryzysu każdy wskazuje na kogoś innego. I wszyscy mają rację. Dlatego w efekcie nikt nie ma racji. I system trwa. Wszyscy, którzy znają temat od środka — eksperci, menedżerowie, lekarze z doświadczeniem zagranicznym — wiedzą co należałoby zrobić. Koncentracja leczenia w większych ośrodkach. Prawdziwa opieka ambulatoryjna. Profilaktyka. Rzeczywista rozliczalność. To nie jest wiedza tajemna. Problem w tym, że każda próba wdrożenia kończy się politycznym samobójstwem. Wystarczy że ktoś spróbuje zamknąć nierentowną placówkę — natychmiast wybucha lokalny bunt. Drogi zablokowane, media piszą o likwidacji opieki, opozycja obiecuje przywrócenie szpitala. Lekcja jest jasna: nie ruszaj szpitali jeśli chcesz zostać na stanowisku. To nie jest efekt przypadku ani zbiorowej niekompetencji. To świadomy, choć nigdy wprost nie nazwany wybór. Stabilność polityczna ponad efektywnością medyczną. Polska służba zdrowia nie jest chora. Jest dokładnie taka, jaką jako społeczeństwo sobie zbudowaliśmy i jaką konsekwentnie podtrzymujemy — przy każdych wyborach samorządowych, przy każdym proteście przed szpitalem, przy każdym okrzyku "nie damy zamknąć". Dopóki nie będziemy gotowi zapłacić tej politycznej ceny, wszystkie ministerialne obietnice pozostaną tym, czym zawsze były: pustymi deklaracjami na tle zdjęcia z białą kitlą. Zmiana nie zacznie się od kolejnej ustawy ani od kolejnych miliardów. Zacznie się wtedy, gdy przestaniemy udawać, że ktoś inny jest temu winien.</p>
]]></content:encoded>
      <enclosure length="7064807" type="audio/mpeg" url="https://cdn.simplecast.com/media/audio/transcoded/2726f6a8-0360-44f6-97bd-1acb53811cfa/05377bf6-d2b0-4d9f-9f25-5cfb49b9072a/episodes/audio/group/28d56dd1-2888-45c5-a90a-7a677449c91d/group-item/d44a4c4c-f7ef-47b3-ad6f-c46252153f28/128_default_tc.mp3?aid=rss_feed&amp;feed=a_YELVyb"/>
      <itunes:title>Polska służba zdrowia działa świetnie!</itunes:title>
      <itunes:author>The World Explained</itunes:author>
      <itunes:image href="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/ad4d215b-a7c2-42c7-a474-0f9df57b58a0/3000x3000/twe_podcast_01_large.jpg?aid=rss_feed"/>
      <itunes:duration>00:07:21</itunes:duration>
      <itunes:summary>Polska służba zdrowia nie jest chora — ona działa dokładnie tak, jak ją zbudowaliśmy. 248 miliardów złotych rocznie, 6,3 łóżka na tysiąc mieszkańców, a długość życia nadal poniżej unijnej średniej. Dlaczego? Bo szpital powiatowy to nie instytucja medyczna — to projekt polityczny. I wszyscy o tym wiedzą.</itunes:summary>
      <itunes:subtitle>Polska służba zdrowia nie jest chora — ona działa dokładnie tak, jak ją zbudowaliśmy. 248 miliardów złotych rocznie, 6,3 łóżka na tysiąc mieszkańców, a długość życia nadal poniżej unijnej średniej. Dlaczego? Bo szpital powiatowy to nie instytucja medyczna — to projekt polityczny. I wszyscy o tym wiedzą.</itunes:subtitle>
      <itunes:explicit>false</itunes:explicit>
      <itunes:episodeType>full</itunes:episodeType>
      <itunes:episode>6</itunes:episode>
    </item>
    <item>
      <guid isPermaLink="false">527def40-4220-4381-8691-1dcf46b229d2</guid>
      <title>Zondakrypto i państwo z tektury.</title>
      <description><![CDATA[<p>Kilkadziesiąt godzin. Tyle zajęło miejscowej policji odnalezienie adresu mojej żony, i wykonanie późno-wieczornego telefonu z zaproszeniem, a może lepiej powiedzieć - wezwaniem na posterunek. Czyn, którego dopuściła się wezwana to przekroczenie prędkości w drodze powrotnej z Lidla o 14 kilometrów na godzinę. Niejaki Przemysław Kral jest podejrzany o wyprowadzenie setek milionów złotych ze swojej giełdy kryptowalut na szkodę tysięcy klientów. Wieść niesie, że prokuratura podejrzewała ten proceder od lat. I przez lata— nikt pana prezesa nawet nie przesłuchał. Dziś jest w Izraelu i ma tamtejsze obywatelstwo, więc Polska może o nim zapomnieć. Witajcie w państwie z tektury. Przemysław Kral przez ostatnie lata mieszkał w Monako. Nie ukrywał się — był w mediach, nagrywał filmy, udzielał wywiadów. Prokuratura wiedziała gdzie jest. Tłumaczenie, że „rezydentura w Monako była problemem dla przesłuchania" pada z ust ludzi, którzy doskonale wiedzą, że to nieprawda — bo tryb pomocy prawnej istnieje właśnie po to, aby takie problemy rozwiazac. Po prostu nikt nie kwapił się, żeby z niego skorzystać. A teraz pan Kral jest w Izraelu, ma tamtejsze obywatelstwo i Polska może o nim zapomnieć. Izrael nie wydaje swoich obywateli. Koniec historii. Ciekawie co myśli o tym wielotysięczne grono nabitych w butelkę na. lekko licząc, ponad 350 milionów? No, bo jak wiemy na Zondacrypto zniknęło 99 procent rezerw bitcoinów. Klienci nie mogą niczego wypłacić, strona giełdy nie działa. Nieoficjalnie mówi się, że straty mogą być wielokrotnie wyższe niż oficjalne 350 milionów złotych — bo część pieniędzy prawdopodobnie pochodziła z prania brudnych pieniędzy przez organizacje przestępcze, które oczywiście nie zgłoszą się na policję. Do tego mamy zaginionego założyciela firmy, co do którego prokuratorzy są przekonani, że został zamordowany — i śledztwo, które prawdopodobnie zostanie umorzone, bo nie ma ciała. Gdyby to był scenariusz serialu, powiedzielibyście że przesadzony. Ja zaś powiedziałbym, że gdyby nie łzy właścicieli kryptowalut, cała sprawa pachnałaby Bareją. Śledztwo niczego nie wykaże i, że powtórzę za mistrzem, zgnije sobie do jesieni na świeżym powietrzu... Ale mnie nie uderza nawet sam Kral. Chodzi o system, który takie działanie umożliwił. Proceder prowadzony przez lata i na oczach wszystkich. KNF miała informacje o problemach Zondacrypto. ABW miała raport o rosyjskim pochodzeniu pieniędzy zainwestowanych w giełdę — raport, o którym premier mówił w Sejmie, ale który jakoś nie trafił do prokuratury prowadzącej śledztwo. Resort finansów wiedział. I co? Nic. Każda z tych instytucji siedziała cicho, pilnowała własnego terytorium i nie kwapiła się, żeby zrobić coś, co mogłoby być interpretowane jako wyjście przed szereg. Sprawne państwo w takiej sytuacji działa inaczej. Sprawne państwo, gdy ma do czynienia z człowiekiem podejrzanym o poważne przestępstwa w wielkiej skali, który bywa w kraju rzadko, bo mieszka za granicą i unika kontaktu z prokuraturą, po prostu go zatrzymuje. Wystawia europejski nakaz aresztowania. Uderza w aktywa. Blokuje konta. Robi to wszystko zanim człowiek zdąży polecieć do kraju, z którego nie można go sprowadzić. Nasze państwo zamiast tego przez cztery lata nie przesłuchało go ani razu.</p>
<p> </p>
<p>I tu wracam do tej speedingu mojej żony. To nie jest chwyt retoryczny — to jest sedno sprawy. Polskie organy ścigania potrafią być bezwzględnie skuteczne, gdy chodzi o słabych. Komornik, urząd skarbowy, ZUS — te instytucje działają sprawnie i bez litości, gdy dłużnik nie ma możliwości się bronić. Ale gdy naprzeciwko stoi ktoś z pieniędzmi, z zagranicznymi kontami, z obywatelstwem innego kraju i prawdopodobnie z właściwymi znajomościami — nagle pojawia się cały arsenał powodów, dla których „sprawa jest skomplikowana" i „procedury wymagają czasu".</p>
<p> </p>
<p>To nie jest przypadek. To jest wzorzec. Kral w ostatnich dniach przed ucieczką tłumaczył, że problemy giełdy są „przejściowe". Pożegnał się ze współpracownikami przez internet. Chwilę później dostali wypowiedzenia. Rada nadzorcza złożyła rezygnację. Prokuratura ruszyła ze śledztwem gospodarczym — ale innym niż to, które bada zaginięcie niejakiego Suszka, bo to oczywiście inne jednostki i żadna z nich nie rozmawiała z drugą. A Kral jest już w Izraelu. Z wyłączonym telefonem. Już nieaktywny w mediach społecznościowych. Musi być mu nudno. Polska może teraz wysyłać pisma, składać wnioski o pomoc prawną i czekać. Latami. I tu dochodzimy do rzeczy, która mnie osobiście wkurza najbardziej. Wyobraźcie sobie sytuację odwrotną. Israelczyk okrada tysiące swoich rodaków, wyprowadza setki milionów, po czym ucieka do Polski i tu spokojnie mieszka, bo Polska — jak wiadomo — nie wydaje własnych obywateli. Jak długo trwałoby, zanim Mosad, Shin Bet albo zwykła izraelska prokuratura rozwiązałaby ten problem? Historia zna odpowiedź na to pytanie i jest ona jednoznaczna. Izrael to nie jest państwo teoretyczne. To państwo, które — gdy uzna, że jego obywatel lub jego interes wymaga działania poza granicami — po prostu działa. Bez konferencji prasowych, bez wniosków o pomoc prawną, bez czekania aż druga strona raczy odpowiedzieć na pismo. Można się z tym nie zgadzać. Można to krytykować. Ale nie można udawać, że tego nie ma. Tymczasem polska prokuratura, zapytana o Krala, odpowiada mniej więcej tak: przykro nam, wyjechał, obywatel izraelski, nic się nie da zrobić. Jakby przez cztery lata, gdy mieszkał w Monako i nagrywał filmiki na YouTube, nikt nie miał pojęcia, że taki scenariusz jest możliwy. Jakby nikt nie pomyślał, że warto byłoby jednak zaprosić go na przesłuchanie, zanim zdąży sięgnąć po drugi paszport. To jest właśnie państwo z tektury. Nie dlatego, że brakuje mu przepisów ani instytucji. Ma ich aż za dużo — i właśnie dlatego między nimi są dziury, przez które swobodnie przechodzą ci, którzy wiedzą gdzie szukać przejścia. Państwo z tektury to państwo, które sprawia wrażenie struktury, ale przy pierwszym poważnym teście ugina się i rozlewa. I dopóki ta sama prokuratura, która nie zdołała przesłuchać człowieka mieszkającego w Monako przez cztery lata, będzie tłumaczyć nam że „procedury są skomplikowane" — dopóty kolejni Kralowie będą pakować walizki spokojnie i bez pośpiechu. Bo wiedzą, że zdążą. Na bank!</p>
<p> </p>
<p> </p>
]]></description>
      <pubDate>Sat, 2 May 2026 20:12:25 +0000</pubDate>
      <author>tomasz.hildt@hjhps.com (The World Explained)</author>
      <link>https://the-world-explained.simplecast.com/episodes/zondakrypto-i-pastwo-z-tektury-u9nXUcCp</link>
      <media:thumbnail height="720" url="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/80d67782-c4bc-48ed-ae1d-e8db8a3376f4/twe_podcast_02_large.png" width="1280"/>
      <content:encoded><![CDATA[<p>Kilkadziesiąt godzin. Tyle zajęło miejscowej policji odnalezienie adresu mojej żony, i wykonanie późno-wieczornego telefonu z zaproszeniem, a może lepiej powiedzieć - wezwaniem na posterunek. Czyn, którego dopuściła się wezwana to przekroczenie prędkości w drodze powrotnej z Lidla o 14 kilometrów na godzinę. Niejaki Przemysław Kral jest podejrzany o wyprowadzenie setek milionów złotych ze swojej giełdy kryptowalut na szkodę tysięcy klientów. Wieść niesie, że prokuratura podejrzewała ten proceder od lat. I przez lata— nikt pana prezesa nawet nie przesłuchał. Dziś jest w Izraelu i ma tamtejsze obywatelstwo, więc Polska może o nim zapomnieć. Witajcie w państwie z tektury. Przemysław Kral przez ostatnie lata mieszkał w Monako. Nie ukrywał się — był w mediach, nagrywał filmy, udzielał wywiadów. Prokuratura wiedziała gdzie jest. Tłumaczenie, że „rezydentura w Monako była problemem dla przesłuchania" pada z ust ludzi, którzy doskonale wiedzą, że to nieprawda — bo tryb pomocy prawnej istnieje właśnie po to, aby takie problemy rozwiazac. Po prostu nikt nie kwapił się, żeby z niego skorzystać. A teraz pan Kral jest w Izraelu, ma tamtejsze obywatelstwo i Polska może o nim zapomnieć. Izrael nie wydaje swoich obywateli. Koniec historii. Ciekawie co myśli o tym wielotysięczne grono nabitych w butelkę na. lekko licząc, ponad 350 milionów? No, bo jak wiemy na Zondacrypto zniknęło 99 procent rezerw bitcoinów. Klienci nie mogą niczego wypłacić, strona giełdy nie działa. Nieoficjalnie mówi się, że straty mogą być wielokrotnie wyższe niż oficjalne 350 milionów złotych — bo część pieniędzy prawdopodobnie pochodziła z prania brudnych pieniędzy przez organizacje przestępcze, które oczywiście nie zgłoszą się na policję. Do tego mamy zaginionego założyciela firmy, co do którego prokuratorzy są przekonani, że został zamordowany — i śledztwo, które prawdopodobnie zostanie umorzone, bo nie ma ciała. Gdyby to był scenariusz serialu, powiedzielibyście że przesadzony. Ja zaś powiedziałbym, że gdyby nie łzy właścicieli kryptowalut, cała sprawa pachnałaby Bareją. Śledztwo niczego nie wykaże i, że powtórzę za mistrzem, zgnije sobie do jesieni na świeżym powietrzu... Ale mnie nie uderza nawet sam Kral. Chodzi o system, który takie działanie umożliwił. Proceder prowadzony przez lata i na oczach wszystkich. KNF miała informacje o problemach Zondacrypto. ABW miała raport o rosyjskim pochodzeniu pieniędzy zainwestowanych w giełdę — raport, o którym premier mówił w Sejmie, ale który jakoś nie trafił do prokuratury prowadzącej śledztwo. Resort finansów wiedział. I co? Nic. Każda z tych instytucji siedziała cicho, pilnowała własnego terytorium i nie kwapiła się, żeby zrobić coś, co mogłoby być interpretowane jako wyjście przed szereg. Sprawne państwo w takiej sytuacji działa inaczej. Sprawne państwo, gdy ma do czynienia z człowiekiem podejrzanym o poważne przestępstwa w wielkiej skali, który bywa w kraju rzadko, bo mieszka za granicą i unika kontaktu z prokuraturą, po prostu go zatrzymuje. Wystawia europejski nakaz aresztowania. Uderza w aktywa. Blokuje konta. Robi to wszystko zanim człowiek zdąży polecieć do kraju, z którego nie można go sprowadzić. Nasze państwo zamiast tego przez cztery lata nie przesłuchało go ani razu.</p>
<p> </p>
<p>I tu wracam do tej speedingu mojej żony. To nie jest chwyt retoryczny — to jest sedno sprawy. Polskie organy ścigania potrafią być bezwzględnie skuteczne, gdy chodzi o słabych. Komornik, urząd skarbowy, ZUS — te instytucje działają sprawnie i bez litości, gdy dłużnik nie ma możliwości się bronić. Ale gdy naprzeciwko stoi ktoś z pieniędzmi, z zagranicznymi kontami, z obywatelstwem innego kraju i prawdopodobnie z właściwymi znajomościami — nagle pojawia się cały arsenał powodów, dla których „sprawa jest skomplikowana" i „procedury wymagają czasu".</p>
<p> </p>
<p>To nie jest przypadek. To jest wzorzec. Kral w ostatnich dniach przed ucieczką tłumaczył, że problemy giełdy są „przejściowe". Pożegnał się ze współpracownikami przez internet. Chwilę później dostali wypowiedzenia. Rada nadzorcza złożyła rezygnację. Prokuratura ruszyła ze śledztwem gospodarczym — ale innym niż to, które bada zaginięcie niejakiego Suszka, bo to oczywiście inne jednostki i żadna z nich nie rozmawiała z drugą. A Kral jest już w Izraelu. Z wyłączonym telefonem. Już nieaktywny w mediach społecznościowych. Musi być mu nudno. Polska może teraz wysyłać pisma, składać wnioski o pomoc prawną i czekać. Latami. I tu dochodzimy do rzeczy, która mnie osobiście wkurza najbardziej. Wyobraźcie sobie sytuację odwrotną. Israelczyk okrada tysiące swoich rodaków, wyprowadza setki milionów, po czym ucieka do Polski i tu spokojnie mieszka, bo Polska — jak wiadomo — nie wydaje własnych obywateli. Jak długo trwałoby, zanim Mosad, Shin Bet albo zwykła izraelska prokuratura rozwiązałaby ten problem? Historia zna odpowiedź na to pytanie i jest ona jednoznaczna. Izrael to nie jest państwo teoretyczne. To państwo, które — gdy uzna, że jego obywatel lub jego interes wymaga działania poza granicami — po prostu działa. Bez konferencji prasowych, bez wniosków o pomoc prawną, bez czekania aż druga strona raczy odpowiedzieć na pismo. Można się z tym nie zgadzać. Można to krytykować. Ale nie można udawać, że tego nie ma. Tymczasem polska prokuratura, zapytana o Krala, odpowiada mniej więcej tak: przykro nam, wyjechał, obywatel izraelski, nic się nie da zrobić. Jakby przez cztery lata, gdy mieszkał w Monako i nagrywał filmiki na YouTube, nikt nie miał pojęcia, że taki scenariusz jest możliwy. Jakby nikt nie pomyślał, że warto byłoby jednak zaprosić go na przesłuchanie, zanim zdąży sięgnąć po drugi paszport. To jest właśnie państwo z tektury. Nie dlatego, że brakuje mu przepisów ani instytucji. Ma ich aż za dużo — i właśnie dlatego między nimi są dziury, przez które swobodnie przechodzą ci, którzy wiedzą gdzie szukać przejścia. Państwo z tektury to państwo, które sprawia wrażenie struktury, ale przy pierwszym poważnym teście ugina się i rozlewa. I dopóki ta sama prokuratura, która nie zdołała przesłuchać człowieka mieszkającego w Monako przez cztery lata, będzie tłumaczyć nam że „procedury są skomplikowane" — dopóty kolejni Kralowie będą pakować walizki spokojnie i bez pośpiechu. Bo wiedzą, że zdążą. Na bank!</p>
<p> </p>
<p> </p>
]]></content:encoded>
      <enclosure length="7753424" type="audio/mpeg" url="https://cdn.simplecast.com/media/audio/transcoded/2726f6a8-0360-44f6-97bd-1acb53811cfa/05377bf6-d2b0-4d9f-9f25-5cfb49b9072a/episodes/audio/group/2236f97c-7ecc-49ca-9dad-f2c6663bf529/group-item/b2e87134-e5e2-4937-aebb-fb6e52ebc3cf/128_default_tc.mp3?aid=rss_feed&amp;feed=a_YELVyb"/>
      <itunes:title>Zondakrypto i państwo z tektury.</itunes:title>
      <itunes:author>The World Explained</itunes:author>
      <itunes:image href="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/ad4d215b-a7c2-42c7-a474-0f9df57b58a0/3000x3000/twe_podcast_01_large.jpg?aid=rss_feed"/>
      <itunes:duration>00:08:04</itunes:duration>
      <itunes:summary>Zondacrypto. 350 milionów złotych. Tysiące poszkodowanych. Cztery lata bezczynności prokuratury. I człowiek, który mieszkał w Monako, nagrywał filmiki na YouTube — i którego nikt nie raczył przesłuchać. Dziś jest w Izraelu. I koniec historii. To nie jest opowieść o jednym oszuście. To jest opowieść o państwie, które doskonale wie, jak ścigać słabych — i doskonale wie, jak nie zauważać silnych.</itunes:summary>
      <itunes:subtitle>Zondacrypto. 350 milionów złotych. Tysiące poszkodowanych. Cztery lata bezczynności prokuratury. I człowiek, który mieszkał w Monako, nagrywał filmiki na YouTube — i którego nikt nie raczył przesłuchać. Dziś jest w Izraelu. I koniec historii. To nie jest opowieść o jednym oszuście. To jest opowieść o państwie, które doskonale wie, jak ścigać słabych — i doskonale wie, jak nie zauważać silnych.</itunes:subtitle>
      <itunes:explicit>false</itunes:explicit>
      <itunes:episodeType>full</itunes:episodeType>
      <itunes:episode>5</itunes:episode>
    </item>
    <item>
      <guid isPermaLink="false">99b61374-706b-44a6-b01a-cdd78ed9cb62</guid>
      <title>Świat się zmienił - Izrael nie bardzo.</title>
      <description><![CDATA[<p>Wiecie co? Mam takie nieodparte wrażenie, kiedy obserwuję pozycję Izraela na arenie międzynarodowej, że my tu wcale nie jesteśmy świadkami jakiegoś nagłego zwrotu w globalnych sympatiach. Nie, to raczej wygląda na stopniowe, powolne odsłanianie się prawdy – prawdy, która od bardzo dawna kryła się pod grubą warstwą dyplomatycznych kurtuazji i politycznej poprawności. Izrael ma coraz mniej sojuszników – to prawda, nie ma co ukrywać. Ale szczerze mówiąc, czy kiedykolwiek naprawdę miał prawdziwych przyjaciół? Czy może przez cały czas miał tylko partnerów interesu, których cierpliwość w końcu się po prostu wyczerpała? Jeszcze kilka lat temu Tel Awiw mógł liczyć na niemal bezwarunkowe poparcie ze strony Stanów Zjednoczonych, na dość ciepłe relacje z częścią krajów europejskich, no i na to stopniowe normowanie stosunków z państwami arabskimi w ramach tych porozumień abrahamowych. A dzisiaj cały ten obraz ulega dramatycznej korekcie, naprawdę mocno się zmienia.</p>
<p>Nawet w Ameryce, gdzie poparcie dla Izraela przez całe dziesięciolecia było praktycznie świętością polityczną, pojawiają się coraz wyraźniejsze pęknięcia. Młodzi Demokraci już otwarcie kwestionują izraelską politykę wobec Palestyńczyków. Uniwersytety – te same uniwersytety, które jeszcze niedawno traktowały antysemityzm jako absolutne tabu – stają się teraz areną bardzo ostrych protestów przeciwko działaniom IDF. A w Kongresie coraz więcej polityków pozwala sobie na taką krytykę, która jeszcze dekadę temu byłaby po prostu równoznaczna z politycznym samobójstwem.</p>
<p>W Europie ten proces przebiega jeszcze szybciej i jeszcze wyraźniej. Irlandia, Norwegia, Hiszpania – te państwa już formalnie uznały Palestynę za suwerenny kraj. Francja stopniowo chłodzi swoje relacje, Niemcy – mimo wszystkich tych historycznych zobowiązań – coraz częściej pozwalają sobie na publiczne upomnienia skierowane w stronę Netanjahu. Nawet Wielka Brytania, która tradycyjnie była dosyć przyjazna Izraelowi, zaczyna mówić o „proporcjonalności” i o „prawach człowieka” w kontekście działań militarnych w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu. To wszystko nie jest jakąś przypadkową zmianą nastrojów. To jest systematyczna erozja zaufania, która ma swoje naprawdę głębokie przyczyny. Po pierwsze, Izrael popełnił fundamentalny błąd strategiczny. Postawił niemal wyłącznie na wsparcie elit politycznych, a jednocześnie mocno zaniedbał opinię publiczną w tych krajach sojuszniczych. Przez wiele lat lobby pro-izraelskie koncentrowało się głównie na korytarzach władzy w Waszyngtonie, w Berlinie czy w Londynie, zapominając o tym, że w demokracjach to ostatecznie zwykli obywatele decydują o kierunkach polityki zagranicznej.</p>
<p> </p>
<p>Gdy obrazy zniszczeń z Gazy zaczęły trafiać w czasie rzeczywistym na smartfony milionów ludzi na całym świecie, żadne dyplomatyczne zabiegi na najwyższych szczeblach nie były już w stanie zatrzymać tej fali oburzenia. Izraelska machina PR-owa, która była tak skuteczna jeszcze w erze telewizji i gazet, okazała się zupełnie bezradna wobec ery mediów społecznościowych, gdzie każdy może być dziennikarzem, a każde zdjęcie może obiec cały świat w ciągu zaledwie kilku godzin.</p>
<p>Po drugie, polityka Benjamina Netanjahu systematycznie alienowała nawet tych ludzi, którzy przez długi czas starali się zachować neutralność albo wręcz pewną życzliwość wobec Izraela. Jego bliskie związki z populistycznymi liderami – zaczynając od Donalda Trumpa, przez Viktora Orbána, aż po Jaira Bolsonaro – sprawiały, że Tel Awiw coraz częściej kojarzył się ludziom z autorytaryzmem i ze skrajną prawicą. Dla liberalnych elit w Europie i dla części amerykańskiego establishmentu stało się to po prostu nie do przyjęcia.</p>
<p>Netanjahu, świadomie czy nieświadomie, zamienił Izrael z kraju, który mógł liczyć na ponadpartyjne poparcie, w taki symbol politycznych podziałów. Demokratom w USA zaczął się kojarzyć z Trumpem, a europejskim centrowcom – z orbanowskim populizmem. To była cena, której Tel Awiw najwyraźniej nie brał pod uwagę.</p>
<p>Po trzecie, sama natura konfliktu izraelsko-palestyńskiego uległa w oczach świata fundamentalnej zmianie. Przez dziesiątki lat Izrael mógł się prezentować jako mała, zagrożona demokracja, otoczona wrogimi reżimami arabskimi, walcząca o przetrwanie przeciwko przeważającym siłom. Ten obraz naprawdę działał, kiedy izraelska armia była rzeczywiście mniej liczna i gorzej uzbrojona niż te arabskie koalicje, a państwo żydowskie wydawało się faktycznie walczyć o swoje biologiczne przetrwanie. Dzisiaj Izrael to już potęga militarna z nuklearnym arsenałem, z jedną z najnowocześniejszych armii w całym regionie, z gospodarką na poziomie rozwiniętych krajów europejskich. Palestyńczycy to już nie część jakiejś wielkiej arabskiej koalicji, tylko rozproszony, podzielony naród bez prawdziwej armii, bez własnego państwa, często bez podstawowych usług. Gdy David staje się Goliatem, a Goliat zostaje zepchnięty do roli Davida – cała ta narracja po prostu się rozpada.</p>
<p>Co więcej, pokoleniowa zmiana w sposobie postrzegania historii też działa mocno na niekorzyść Izraela. Dla ludzi urodzonych po 1980 roku Holocaust to już odległa historia, tak samo jak powstanie państwa Izrael w 1948 roku. Ci ludzie nie noszą w sobie tego historycznego bagażu winy i zobowiązań, który mieli ich dziadkowie. Dla nich znaczenie ma to, co widzą tu i teraz: nowoczesne, bogate państwo, które od wielu dekad okupuje terytoria, buduje osiedla, kontroluje życie milionów ludzi pozbawionych praw obywatelskich. Argumenty historyczne, które przez dziesięciolecia zapewniały Izraelowi niemal automatyczne poparcie zachodnich społeczeństw, tracą swoją mobilizującą siłę. Historia staje się coraz bardziej po prostu historią, a nie żywym doświadczeniem, które kształtuje obecne wybory. Jednocześnie Izrael popełnia kolejne błędy taktyczne, które jeszcze bardziej pogłębiają tę jego izolację. Reakcja na krytykę międzynarodową bardzo często sprowadza się do prostego schematu: każdy, kto kwestionuje izraelską politykę, jest antysemitą. Ta strategia, która była jeszcze skuteczna kilkanaście lat temu, dzisiaj wywołuje głównie zmęczenie i irytację.</p>
<p>Ludzie zaczynają coraz wyraźniej dostrzegać różnicę między antysemityzmem – rzeczywistym i naprawdę godnym potępienia zjawiskiem – a zwykłą krytyką konkretnych działań konkretnego rządu. Gdy każda próba racjonalnej debaty zostaje natychmiast stygmatyzowana jako przejaw nienawiści rasowej, to rozmowa po prostu się kończy. A wraz z nią kończy się też szansa na jakąkolwiek odbudowę zaufania.</p>
<p>Izrael staje dzisiaj przed dylematem, który może zadecydować o jego długoterminowej pozycji międzynarodowej. Może dalej liczyć na wsparcie tej garstki najbliższych sojuszników, głównie Stanów Zjednoczonych, i po prostu ignorować rosnącą izolację. Może też spróbować odbudować swoją pozycję, ale będzie to wymagało fundamentalnych zmian – zarówno w polityce wobec Palestyńczyków, jak i w sposobie komunikowania się ze światem.</p>
<p>Pierwszy wariant oznacza stopniowe, ale trwałe osuwanie się w kierunku statusu państwa-pariasa, podobnego do tego, co było z apartheidem w RPA. Drugi wariant wymaga odwagi politycznej, której izraelskim liderom wyraźnie zabrakło przez ostatnie dwie dekady. Moim zdaniem, obserwując ten cały proces z perspektywy europejskiej, widzimy coś więcej niż tylko kryzys jednego państwa bliskowschodniego. Widzimy schyłek pewnego sposobu myślenia o polityce międzynarodowej – takiego sposobu, w którym argumenty historyczne mogą na zawsze zastępować racjonalną ocenę bieżących działań. Widzimy też koniec epoki, w której można było skutecznie kontrolować narrację poprzez wpływ na tradycyjne media i na elity polityczne.</p>
<p>Świat się zmienił. Izrael póki co – nie bardzo.</p>
]]></description>
      <pubDate>Tue, 21 Apr 2026 16:53:37 +0000</pubDate>
      <author>tomasz.hildt@hjhps.com (Tomasz Hildt)</author>
      <link>https://the-world-explained.simplecast.com/episodes/wiat-si-zmieni-izrael-nie-bardzo-_r6OcEYb</link>
      <media:thumbnail height="720" url="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/80d67782-c4bc-48ed-ae1d-e8db8a3376f4/twe_podcast_02_large.png" width="1280"/>
      <content:encoded><![CDATA[<p>Wiecie co? Mam takie nieodparte wrażenie, kiedy obserwuję pozycję Izraela na arenie międzynarodowej, że my tu wcale nie jesteśmy świadkami jakiegoś nagłego zwrotu w globalnych sympatiach. Nie, to raczej wygląda na stopniowe, powolne odsłanianie się prawdy – prawdy, która od bardzo dawna kryła się pod grubą warstwą dyplomatycznych kurtuazji i politycznej poprawności. Izrael ma coraz mniej sojuszników – to prawda, nie ma co ukrywać. Ale szczerze mówiąc, czy kiedykolwiek naprawdę miał prawdziwych przyjaciół? Czy może przez cały czas miał tylko partnerów interesu, których cierpliwość w końcu się po prostu wyczerpała? Jeszcze kilka lat temu Tel Awiw mógł liczyć na niemal bezwarunkowe poparcie ze strony Stanów Zjednoczonych, na dość ciepłe relacje z częścią krajów europejskich, no i na to stopniowe normowanie stosunków z państwami arabskimi w ramach tych porozumień abrahamowych. A dzisiaj cały ten obraz ulega dramatycznej korekcie, naprawdę mocno się zmienia.</p>
<p>Nawet w Ameryce, gdzie poparcie dla Izraela przez całe dziesięciolecia było praktycznie świętością polityczną, pojawiają się coraz wyraźniejsze pęknięcia. Młodzi Demokraci już otwarcie kwestionują izraelską politykę wobec Palestyńczyków. Uniwersytety – te same uniwersytety, które jeszcze niedawno traktowały antysemityzm jako absolutne tabu – stają się teraz areną bardzo ostrych protestów przeciwko działaniom IDF. A w Kongresie coraz więcej polityków pozwala sobie na taką krytykę, która jeszcze dekadę temu byłaby po prostu równoznaczna z politycznym samobójstwem.</p>
<p>W Europie ten proces przebiega jeszcze szybciej i jeszcze wyraźniej. Irlandia, Norwegia, Hiszpania – te państwa już formalnie uznały Palestynę za suwerenny kraj. Francja stopniowo chłodzi swoje relacje, Niemcy – mimo wszystkich tych historycznych zobowiązań – coraz częściej pozwalają sobie na publiczne upomnienia skierowane w stronę Netanjahu. Nawet Wielka Brytania, która tradycyjnie była dosyć przyjazna Izraelowi, zaczyna mówić o „proporcjonalności” i o „prawach człowieka” w kontekście działań militarnych w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu. To wszystko nie jest jakąś przypadkową zmianą nastrojów. To jest systematyczna erozja zaufania, która ma swoje naprawdę głębokie przyczyny. Po pierwsze, Izrael popełnił fundamentalny błąd strategiczny. Postawił niemal wyłącznie na wsparcie elit politycznych, a jednocześnie mocno zaniedbał opinię publiczną w tych krajach sojuszniczych. Przez wiele lat lobby pro-izraelskie koncentrowało się głównie na korytarzach władzy w Waszyngtonie, w Berlinie czy w Londynie, zapominając o tym, że w demokracjach to ostatecznie zwykli obywatele decydują o kierunkach polityki zagranicznej.</p>
<p> </p>
<p>Gdy obrazy zniszczeń z Gazy zaczęły trafiać w czasie rzeczywistym na smartfony milionów ludzi na całym świecie, żadne dyplomatyczne zabiegi na najwyższych szczeblach nie były już w stanie zatrzymać tej fali oburzenia. Izraelska machina PR-owa, która była tak skuteczna jeszcze w erze telewizji i gazet, okazała się zupełnie bezradna wobec ery mediów społecznościowych, gdzie każdy może być dziennikarzem, a każde zdjęcie może obiec cały świat w ciągu zaledwie kilku godzin.</p>
<p>Po drugie, polityka Benjamina Netanjahu systematycznie alienowała nawet tych ludzi, którzy przez długi czas starali się zachować neutralność albo wręcz pewną życzliwość wobec Izraela. Jego bliskie związki z populistycznymi liderami – zaczynając od Donalda Trumpa, przez Viktora Orbána, aż po Jaira Bolsonaro – sprawiały, że Tel Awiw coraz częściej kojarzył się ludziom z autorytaryzmem i ze skrajną prawicą. Dla liberalnych elit w Europie i dla części amerykańskiego establishmentu stało się to po prostu nie do przyjęcia.</p>
<p>Netanjahu, świadomie czy nieświadomie, zamienił Izrael z kraju, który mógł liczyć na ponadpartyjne poparcie, w taki symbol politycznych podziałów. Demokratom w USA zaczął się kojarzyć z Trumpem, a europejskim centrowcom – z orbanowskim populizmem. To była cena, której Tel Awiw najwyraźniej nie brał pod uwagę.</p>
<p>Po trzecie, sama natura konfliktu izraelsko-palestyńskiego uległa w oczach świata fundamentalnej zmianie. Przez dziesiątki lat Izrael mógł się prezentować jako mała, zagrożona demokracja, otoczona wrogimi reżimami arabskimi, walcząca o przetrwanie przeciwko przeważającym siłom. Ten obraz naprawdę działał, kiedy izraelska armia była rzeczywiście mniej liczna i gorzej uzbrojona niż te arabskie koalicje, a państwo żydowskie wydawało się faktycznie walczyć o swoje biologiczne przetrwanie. Dzisiaj Izrael to już potęga militarna z nuklearnym arsenałem, z jedną z najnowocześniejszych armii w całym regionie, z gospodarką na poziomie rozwiniętych krajów europejskich. Palestyńczycy to już nie część jakiejś wielkiej arabskiej koalicji, tylko rozproszony, podzielony naród bez prawdziwej armii, bez własnego państwa, często bez podstawowych usług. Gdy David staje się Goliatem, a Goliat zostaje zepchnięty do roli Davida – cała ta narracja po prostu się rozpada.</p>
<p>Co więcej, pokoleniowa zmiana w sposobie postrzegania historii też działa mocno na niekorzyść Izraela. Dla ludzi urodzonych po 1980 roku Holocaust to już odległa historia, tak samo jak powstanie państwa Izrael w 1948 roku. Ci ludzie nie noszą w sobie tego historycznego bagażu winy i zobowiązań, który mieli ich dziadkowie. Dla nich znaczenie ma to, co widzą tu i teraz: nowoczesne, bogate państwo, które od wielu dekad okupuje terytoria, buduje osiedla, kontroluje życie milionów ludzi pozbawionych praw obywatelskich. Argumenty historyczne, które przez dziesięciolecia zapewniały Izraelowi niemal automatyczne poparcie zachodnich społeczeństw, tracą swoją mobilizującą siłę. Historia staje się coraz bardziej po prostu historią, a nie żywym doświadczeniem, które kształtuje obecne wybory. Jednocześnie Izrael popełnia kolejne błędy taktyczne, które jeszcze bardziej pogłębiają tę jego izolację. Reakcja na krytykę międzynarodową bardzo często sprowadza się do prostego schematu: każdy, kto kwestionuje izraelską politykę, jest antysemitą. Ta strategia, która była jeszcze skuteczna kilkanaście lat temu, dzisiaj wywołuje głównie zmęczenie i irytację.</p>
<p>Ludzie zaczynają coraz wyraźniej dostrzegać różnicę między antysemityzmem – rzeczywistym i naprawdę godnym potępienia zjawiskiem – a zwykłą krytyką konkretnych działań konkretnego rządu. Gdy każda próba racjonalnej debaty zostaje natychmiast stygmatyzowana jako przejaw nienawiści rasowej, to rozmowa po prostu się kończy. A wraz z nią kończy się też szansa na jakąkolwiek odbudowę zaufania.</p>
<p>Izrael staje dzisiaj przed dylematem, który może zadecydować o jego długoterminowej pozycji międzynarodowej. Może dalej liczyć na wsparcie tej garstki najbliższych sojuszników, głównie Stanów Zjednoczonych, i po prostu ignorować rosnącą izolację. Może też spróbować odbudować swoją pozycję, ale będzie to wymagało fundamentalnych zmian – zarówno w polityce wobec Palestyńczyków, jak i w sposobie komunikowania się ze światem.</p>
<p>Pierwszy wariant oznacza stopniowe, ale trwałe osuwanie się w kierunku statusu państwa-pariasa, podobnego do tego, co było z apartheidem w RPA. Drugi wariant wymaga odwagi politycznej, której izraelskim liderom wyraźnie zabrakło przez ostatnie dwie dekady. Moim zdaniem, obserwując ten cały proces z perspektywy europejskiej, widzimy coś więcej niż tylko kryzys jednego państwa bliskowschodniego. Widzimy schyłek pewnego sposobu myślenia o polityce międzynarodowej – takiego sposobu, w którym argumenty historyczne mogą na zawsze zastępować racjonalną ocenę bieżących działań. Widzimy też koniec epoki, w której można było skutecznie kontrolować narrację poprzez wpływ na tradycyjne media i na elity polityczne.</p>
<p>Świat się zmienił. Izrael póki co – nie bardzo.</p>
]]></content:encoded>
      <enclosure length="11732284" type="audio/mpeg" url="https://cdn.simplecast.com/media/audio/transcoded/2726f6a8-0360-44f6-97bd-1acb53811cfa/05377bf6-d2b0-4d9f-9f25-5cfb49b9072a/episodes/audio/group/e3092071-fcf7-47cb-8a2c-7201953320d5/group-item/84382ab5-d893-49b2-978d-5a138cd313c2/128_default_tc.mp3?aid=rss_feed&amp;feed=a_YELVyb"/>
      <itunes:title>Świat się zmienił - Izrael nie bardzo.</itunes:title>
      <itunes:author>Tomasz Hildt</itunes:author>
      <itunes:image href="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/ad4d215b-a7c2-42c7-a474-0f9df57b58a0/3000x3000/twe_podcast_01_large.jpg?aid=rss_feed"/>
      <itunes:duration>00:10:49</itunes:duration>
      <itunes:summary>Obserwując proces alienowania Izraela z perspektywy europejskiej, widzimy coś więcej niż tylko kryzys jednego państwa bliskowschodniego. Widzimy schyłek pewnego sposobu myślenia o polityce międzynarodowej – takiego sposobu, w którym argumenty historyczne mogą na zawsze zastępować racjonalną ocenę bieżących działań. Widzimy też koniec epoki, w której można było skutecznie kontrolować narrację poprzez wpływ na tradycyjne media i na elity polityczne. Świat się zmienił. Izrael póki co – nie bardzo.

</itunes:summary>
      <itunes:subtitle>Obserwując proces alienowania Izraela z perspektywy europejskiej, widzimy coś więcej niż tylko kryzys jednego państwa bliskowschodniego. Widzimy schyłek pewnego sposobu myślenia o polityce międzynarodowej – takiego sposobu, w którym argumenty historyczne mogą na zawsze zastępować racjonalną ocenę bieżących działań. Widzimy też koniec epoki, w której można było skutecznie kontrolować narrację poprzez wpływ na tradycyjne media i na elity polityczne. Świat się zmienił. Izrael póki co – nie bardzo.

</itunes:subtitle>
      <itunes:explicit>false</itunes:explicit>
      <itunes:episodeType>full</itunes:episodeType>
      <itunes:episode>4</itunes:episode>
    </item>
    <item>
      <guid isPermaLink="false">7ee6017c-df0f-435c-ad8d-1fd5d9370ebe</guid>
      <title>Czy Polak może jeszcze kibicować Trumpowi w 2026 roku?</title>
      <description><![CDATA[<p> </p>
<p>Kiedy w listopadzie 2024 roku Donald Trump po raz drugi wygrał wybory, w Polsce wielu ludzi pomyślało, że to zupełne nieźle. Po czterech latach Bidena i Harris, po szaleństwie woke, po otwartych granicach, po wojnach toczonych w imię „demokracji” gdzieś na Bliskim Wschodzie wreszcie ktoś mówił wprost: America First. Koniec z globalnym żandarmem, który chce wszystkich uczyć „tolerancji” i „praw człowieka”, a sam ma problemy z własnym społeczeństwem.</p>
<p>Dla milionów konserwatywnych Amerykanów i dla wielu Polaków Trump był jak ten facet z osiedla, który mówi: „Dość tego cyrku”. Nie był świętym, nigdy nie udawał. Mówił wulgarnie, kłamał czasem w drobiazgach, ale przynajmniej nie udawał, że jest kimś innym. Nominował rozsądnych sędziów. Bronił wolności religijnej. Stał po stronie Izraela, a nie po stronie tych, którzy palą flagi z gwiazdą Dawida. Obiecywał skończyć z niekończącymi się wojnami i z lewicową indoktrynacją w szkołach i armii.</p>
<p>I przez pierwsze miesiące drugiej kadencji wydawało się, że rzeczywiście coś się zmienia. Retoryka była twarda. Ameryka znowu miała być silna, a nie „włączająca” i „zrównoważona”. Wielu chrześcijan w Stanach – ewangelików, katolików, zwykłych ludzi wierzących – znowu poczuło, że mają w Białym Domu kogoś, kto przynajmniej nie gardzi ich wartościami.</p>
<p>A potem przyszedł styczeń 2026 roku. I nagle wszystko zaczęło wyglądać inaczej.</p>
<p>Ameryka przeprowadziła spektakularną operację w Wenezueli. Specjalne siły – podobno przy udziale DEA – wjechały do Caracas, wyciągnęły Nicolása Maduro i jego żonę prosto z pałacu i przewiozły do Stanów. Dyktator, który przez lata niszczył kraj, głodził własny naród, więził opozycję i sprzedawał się Rosji, Chinom i Iranowi, wylądował w amerykańskim areszcie. Na papierze – sukces. Kolejny „zły gość” zdjęty z planszy.</p>
<p>Tylko że zaraz potem Trump zaczął mówić otwarcie to, co wielu myślało, ale mało kto miał odwagę powiedzieć wprost.</p>
<p>„Ta ropa należy do nas.” „Amerykańskie firmy kiedyś tam inwestowały, więc teraz bierzemy to, co nam się należy.” „Będziemy tam rządzić, dopóki nie uporządkujemy spraw.”</p>
<p>A kilka dni później w Białym Domu odbyło się spotkanie z szefami największych amerykańskich koncernów naftowych – ExxonMobil, Chevron, ConocoPhillips i innymi. Trump osobiście zachęcał ich, żeby wpompowali dziesiątki miliardów dolarów w wenezuelską infrastrukturę naftową, „naprawili to, co zgniłe” i zaczęli pompować ropę. Największe potwierdzone rezerwy ropy na świecie – ponad 300 miliardów baryłek – nagle stały się „amerykańskim interesem strategicznym”.</p>
<p>I tu właśnie wielu z nas, Polaków, którzy kibicowali Trumpowi, poczuło nieprzyjemne ukłucie.</p>
<p>Bo my wiemy, jak brzmi język „to należy do nas, bo jesteśmy silniejsi”. Słyszeliśmy go w historii wystarczająco często – od zaborców, od Hitlera, od Stalina, od wszystkich, którzy uzasadniali grabież interesem narodowym. Ósme przykazanie nie ma dopisku „chyba że chodzi o interesy supermocarstwa”. „Nie kradnij” brzmi tak samo w kościele na Podkarpaciu, jak i w małym zborze baptystów w Teksasie.</p>
<p>Oczywiście, Maduro był katastrofą. Socjalizm w wersji hardcore doprowadził Wenezuelę do ruiny – hiperinflacja, głód, miliony uchodźców, gangi, narkotyki. Kraj z największymi rezerwami ropy na świecie stał się jednym z najbiedniejszych w Ameryce Łacińskiej. To nie ulega wątpliwości. I nikt rozsądny nie będzie płakał, że tyran trafił za kratki.</p>
<p>Ale sposób, w jaki Trump to sprzedał, był… zbyt szczery. Zbyt transakcyjny. Zbyt „dealerski”. Nie mówił o wolności Wenezuelczyków, o demokracji, o prawach człowieka (choć te argumenty też się pojawiały dla kamuflażu). Mówił wprost: ropa. Pieniądze. Interes Ameryki. „Będziemy tam siedzieć lata, będziemy wyciągać ropę, będziemy sprzedawać, będziemy zarabiać my i oni trochę też dostaną.”</p>
<p>I nagle ten „ochroniarz tradycyjnych wartości”, ten przeciwnik globalistów, zaczął brzmieć jak klasyczny imperialista z XIX wieku – tylko w wersji nowocześniejszej, z Twitterem i spotkaniami w Mar-a-Lago.</p>
<p>My, Polacy, mamy w tej kwestii szczególny radar. Przez wieki byliśmy tym krajem, któremu „większe mocarstwa” tłumaczyły, że mają prawo do naszych ziem, naszych zasobów, naszego losu – „bo geopolityka”, „bo interes”, „bo my jesteśmy silniejsi”. Dlatego kiedy słyszymy, jak największe mocarstwo świata mówi otwarcie „bierzemy ropę, bo nam się należy”, coś w nas się jeży.</p>
<p>To nie znaczy, że popieramy Maduro. Absolutnie nie. To nie znaczy, że uważamy, że Ameryka powinna siedzieć cicho i pozwalać, żeby Chiny i Rosja budowały sobie przyczółek w Ameryce Łacińskiej. Ale jest ogromna różnica między obaleniem tyrana a otwartym przyznaniem, że robimy to przede wszystkim dla złóż surowcowych i że będziemy tam „rządzić”, dopóki nam się opłaca.</p>
<p>Chrześcijańscy wyborcy Trumpa w Ameryce mają teraz trudny dylemat. Głosowali na człowieka, który obiecywał bronić życia, rodziny, wolności religijnej i normalności. A dostali prezydenta, który w imię „America First” jest gotów otwarcie łamać podstawowe zasady moralne cywilizacji zachodniej – nie wolno brać siłą tego, co nie jest twoje. Nawet jeśli ten „ktoś” to socjalistyczny dyktator. Nawet jeśli ropa jest bardzo potrzebna do obniżenia cen benzyny w Stanach.</p>
<p>Bo jeśli „America First” oznacza, że Ameryka może wszystko, co jest w jej interesie – bez względu na to, czy jest to moralne, czy nie – to różnica między Trumpem a neokonserwatywnymi jastrzębiami z poprzednich administracji robi się nagle bardzo mała. Tylko że tamci przynajmniej udawali, że walczą o demokrację i prawa człowieka. Trump nie udaje. Mówi wprost: ropa.</p>
<p>I tu dochodzimy do sedna. Trump nigdy nie był ideowcem. Zawsze był pragmatykiem i biznesmenem. Problem w tym, że kiedy pragmatyzm zaczyna całkowicie dominować nad elementarnymi zasadami etycznymi, to nawet najtwardsi realiści zaczynają się zastanawiać, dokąd to prowadzi.</p>
<p>My w Polsce nie kibicujemy Trumpowi dlatego, że kochamy Amerykę bezkrytycznie. Kibicujemy mu, bo chcieliśmy, żeby Ameryka była przewidywalnym, silnym, ale nie szalejącym mocarstwem – takim, które nie narzuca całemu światu lewicowej ideologii, ale też nie zachowuje się jak imperium, które bierze, co chce, bo może.</p>
<p>Jeśli druga kadencja Trumpa ma się skończyć na tym, że Ameryka otwarcie ogłasza „bierzemy ropę Wenezueli, bo nam się należy”, to wielu z nas – tych, którzy mu kibicowali – będzie musiało szczerze powiedzieć: tego nie chcieliśmy.</p>
<p>Bo siła bez moralnych hamulców bardzo szybko zamienia się w coś, co historia zwykle nazywa imperializmem. A my, Polacy, wiemy aż za dobrze, jak kończą się takie historie – zarówno dla tych, którym zabierają, jak i dla tych, którzy zabierają.</p>
<p>Trump ma jeszcze czas. Ma jeszcze szansę pokazać, że „America First” to nie tylko interes narodowy, ale też szacunek dla podstawowych zasad, które kiedyś czyniły Zachód wielkim. Szacunek dla własności. Dla suwerenności. Dla przykazania „nie kradnij”.</p>
<p>Bo jeśli tego zabraknie, to nawet największe zwycięstwo wyborcze i najtwardsza retoryka nie uratują poparcia tych, którzy głosowali na niego właśnie dlatego, że chcieli przywrócenia normalności – a nie kolejnego rozdziału wielkiej gry o ropę.</p>
<p>I dobrze byłoby, gdyby o tym pamiętał. Zarówno on, jak i ci wszyscy, którzy nadal chcą mu kibicować – w Ameryce i poza nią.</p>
<p>Bo moralność nie jest tylko dla słabych. Czasem to właśnie najsilniejsi powinni jej najbardziej pilnować.</p>
<p> </p>
]]></description>
      <pubDate>Fri, 17 Apr 2026 08:50:39 +0000</pubDate>
      <author>tomasz.hildt@hjhps.com (The World Explained)</author>
      <link>https://the-world-explained.simplecast.com/episodes/czy-polak-moe-jeszcze-kibicowa-trumpowi-w-2026-roku-u_JMN38i</link>
      <media:thumbnail height="720" url="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/80d67782-c4bc-48ed-ae1d-e8db8a3376f4/twe_podcast_02_large.png" width="1280"/>
      <content:encoded><![CDATA[<p> </p>
<p>Kiedy w listopadzie 2024 roku Donald Trump po raz drugi wygrał wybory, w Polsce wielu ludzi pomyślało, że to zupełne nieźle. Po czterech latach Bidena i Harris, po szaleństwie woke, po otwartych granicach, po wojnach toczonych w imię „demokracji” gdzieś na Bliskim Wschodzie wreszcie ktoś mówił wprost: America First. Koniec z globalnym żandarmem, który chce wszystkich uczyć „tolerancji” i „praw człowieka”, a sam ma problemy z własnym społeczeństwem.</p>
<p>Dla milionów konserwatywnych Amerykanów i dla wielu Polaków Trump był jak ten facet z osiedla, który mówi: „Dość tego cyrku”. Nie był świętym, nigdy nie udawał. Mówił wulgarnie, kłamał czasem w drobiazgach, ale przynajmniej nie udawał, że jest kimś innym. Nominował rozsądnych sędziów. Bronił wolności religijnej. Stał po stronie Izraela, a nie po stronie tych, którzy palą flagi z gwiazdą Dawida. Obiecywał skończyć z niekończącymi się wojnami i z lewicową indoktrynacją w szkołach i armii.</p>
<p>I przez pierwsze miesiące drugiej kadencji wydawało się, że rzeczywiście coś się zmienia. Retoryka była twarda. Ameryka znowu miała być silna, a nie „włączająca” i „zrównoważona”. Wielu chrześcijan w Stanach – ewangelików, katolików, zwykłych ludzi wierzących – znowu poczuło, że mają w Białym Domu kogoś, kto przynajmniej nie gardzi ich wartościami.</p>
<p>A potem przyszedł styczeń 2026 roku. I nagle wszystko zaczęło wyglądać inaczej.</p>
<p>Ameryka przeprowadziła spektakularną operację w Wenezueli. Specjalne siły – podobno przy udziale DEA – wjechały do Caracas, wyciągnęły Nicolása Maduro i jego żonę prosto z pałacu i przewiozły do Stanów. Dyktator, który przez lata niszczył kraj, głodził własny naród, więził opozycję i sprzedawał się Rosji, Chinom i Iranowi, wylądował w amerykańskim areszcie. Na papierze – sukces. Kolejny „zły gość” zdjęty z planszy.</p>
<p>Tylko że zaraz potem Trump zaczął mówić otwarcie to, co wielu myślało, ale mało kto miał odwagę powiedzieć wprost.</p>
<p>„Ta ropa należy do nas.” „Amerykańskie firmy kiedyś tam inwestowały, więc teraz bierzemy to, co nam się należy.” „Będziemy tam rządzić, dopóki nie uporządkujemy spraw.”</p>
<p>A kilka dni później w Białym Domu odbyło się spotkanie z szefami największych amerykańskich koncernów naftowych – ExxonMobil, Chevron, ConocoPhillips i innymi. Trump osobiście zachęcał ich, żeby wpompowali dziesiątki miliardów dolarów w wenezuelską infrastrukturę naftową, „naprawili to, co zgniłe” i zaczęli pompować ropę. Największe potwierdzone rezerwy ropy na świecie – ponad 300 miliardów baryłek – nagle stały się „amerykańskim interesem strategicznym”.</p>
<p>I tu właśnie wielu z nas, Polaków, którzy kibicowali Trumpowi, poczuło nieprzyjemne ukłucie.</p>
<p>Bo my wiemy, jak brzmi język „to należy do nas, bo jesteśmy silniejsi”. Słyszeliśmy go w historii wystarczająco często – od zaborców, od Hitlera, od Stalina, od wszystkich, którzy uzasadniali grabież interesem narodowym. Ósme przykazanie nie ma dopisku „chyba że chodzi o interesy supermocarstwa”. „Nie kradnij” brzmi tak samo w kościele na Podkarpaciu, jak i w małym zborze baptystów w Teksasie.</p>
<p>Oczywiście, Maduro był katastrofą. Socjalizm w wersji hardcore doprowadził Wenezuelę do ruiny – hiperinflacja, głód, miliony uchodźców, gangi, narkotyki. Kraj z największymi rezerwami ropy na świecie stał się jednym z najbiedniejszych w Ameryce Łacińskiej. To nie ulega wątpliwości. I nikt rozsądny nie będzie płakał, że tyran trafił za kratki.</p>
<p>Ale sposób, w jaki Trump to sprzedał, był… zbyt szczery. Zbyt transakcyjny. Zbyt „dealerski”. Nie mówił o wolności Wenezuelczyków, o demokracji, o prawach człowieka (choć te argumenty też się pojawiały dla kamuflażu). Mówił wprost: ropa. Pieniądze. Interes Ameryki. „Będziemy tam siedzieć lata, będziemy wyciągać ropę, będziemy sprzedawać, będziemy zarabiać my i oni trochę też dostaną.”</p>
<p>I nagle ten „ochroniarz tradycyjnych wartości”, ten przeciwnik globalistów, zaczął brzmieć jak klasyczny imperialista z XIX wieku – tylko w wersji nowocześniejszej, z Twitterem i spotkaniami w Mar-a-Lago.</p>
<p>My, Polacy, mamy w tej kwestii szczególny radar. Przez wieki byliśmy tym krajem, któremu „większe mocarstwa” tłumaczyły, że mają prawo do naszych ziem, naszych zasobów, naszego losu – „bo geopolityka”, „bo interes”, „bo my jesteśmy silniejsi”. Dlatego kiedy słyszymy, jak największe mocarstwo świata mówi otwarcie „bierzemy ropę, bo nam się należy”, coś w nas się jeży.</p>
<p>To nie znaczy, że popieramy Maduro. Absolutnie nie. To nie znaczy, że uważamy, że Ameryka powinna siedzieć cicho i pozwalać, żeby Chiny i Rosja budowały sobie przyczółek w Ameryce Łacińskiej. Ale jest ogromna różnica między obaleniem tyrana a otwartym przyznaniem, że robimy to przede wszystkim dla złóż surowcowych i że będziemy tam „rządzić”, dopóki nam się opłaca.</p>
<p>Chrześcijańscy wyborcy Trumpa w Ameryce mają teraz trudny dylemat. Głosowali na człowieka, który obiecywał bronić życia, rodziny, wolności religijnej i normalności. A dostali prezydenta, który w imię „America First” jest gotów otwarcie łamać podstawowe zasady moralne cywilizacji zachodniej – nie wolno brać siłą tego, co nie jest twoje. Nawet jeśli ten „ktoś” to socjalistyczny dyktator. Nawet jeśli ropa jest bardzo potrzebna do obniżenia cen benzyny w Stanach.</p>
<p>Bo jeśli „America First” oznacza, że Ameryka może wszystko, co jest w jej interesie – bez względu na to, czy jest to moralne, czy nie – to różnica między Trumpem a neokonserwatywnymi jastrzębiami z poprzednich administracji robi się nagle bardzo mała. Tylko że tamci przynajmniej udawali, że walczą o demokrację i prawa człowieka. Trump nie udaje. Mówi wprost: ropa.</p>
<p>I tu dochodzimy do sedna. Trump nigdy nie był ideowcem. Zawsze był pragmatykiem i biznesmenem. Problem w tym, że kiedy pragmatyzm zaczyna całkowicie dominować nad elementarnymi zasadami etycznymi, to nawet najtwardsi realiści zaczynają się zastanawiać, dokąd to prowadzi.</p>
<p>My w Polsce nie kibicujemy Trumpowi dlatego, że kochamy Amerykę bezkrytycznie. Kibicujemy mu, bo chcieliśmy, żeby Ameryka była przewidywalnym, silnym, ale nie szalejącym mocarstwem – takim, które nie narzuca całemu światu lewicowej ideologii, ale też nie zachowuje się jak imperium, które bierze, co chce, bo może.</p>
<p>Jeśli druga kadencja Trumpa ma się skończyć na tym, że Ameryka otwarcie ogłasza „bierzemy ropę Wenezueli, bo nam się należy”, to wielu z nas – tych, którzy mu kibicowali – będzie musiało szczerze powiedzieć: tego nie chcieliśmy.</p>
<p>Bo siła bez moralnych hamulców bardzo szybko zamienia się w coś, co historia zwykle nazywa imperializmem. A my, Polacy, wiemy aż za dobrze, jak kończą się takie historie – zarówno dla tych, którym zabierają, jak i dla tych, którzy zabierają.</p>
<p>Trump ma jeszcze czas. Ma jeszcze szansę pokazać, że „America First” to nie tylko interes narodowy, ale też szacunek dla podstawowych zasad, które kiedyś czyniły Zachód wielkim. Szacunek dla własności. Dla suwerenności. Dla przykazania „nie kradnij”.</p>
<p>Bo jeśli tego zabraknie, to nawet największe zwycięstwo wyborcze i najtwardsza retoryka nie uratują poparcia tych, którzy głosowali na niego właśnie dlatego, że chcieli przywrócenia normalności – a nie kolejnego rozdziału wielkiej gry o ropę.</p>
<p>I dobrze byłoby, gdyby o tym pamiętał. Zarówno on, jak i ci wszyscy, którzy nadal chcą mu kibicować – w Ameryce i poza nią.</p>
<p>Bo moralność nie jest tylko dla słabych. Czasem to właśnie najsilniejsi powinni jej najbardziej pilnować.</p>
<p> </p>
]]></content:encoded>
      <enclosure length="10975153" type="audio/mpeg" url="https://cdn.simplecast.com/media/audio/transcoded/2726f6a8-0360-44f6-97bd-1acb53811cfa/05377bf6-d2b0-4d9f-9f25-5cfb49b9072a/episodes/audio/group/7e3452a8-3d37-4597-9eb7-9db774a44643/group-item/065af519-8f63-44a0-b16b-68be83be94c1/128_default_tc.mp3?aid=rss_feed&amp;feed=a_YELVyb"/>
      <itunes:title>Czy Polak może jeszcze kibicować Trumpowi w 2026 roku?</itunes:title>
      <itunes:author>The World Explained</itunes:author>
      <itunes:image href="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/ad4d215b-a7c2-42c7-a474-0f9df57b58a0/3000x3000/twe_podcast_01_large.jpg?aid=rss_feed"/>
      <itunes:duration>00:10:02</itunes:duration>
      <itunes:summary>Po spektakularnym obaleniu Maduro w Wenezueli wielu Polaków poczuło niepokój – prezydent USA przestał mówić o demokracji i wolności, a zaczął otwarcie deklarować: „Ta ropa należy do nas”. Czy „America First” przerodziło się w klasyczny imperializm naftowy, w którym siła usprawiedliwia wszystko? Tekst konfrontuje twardy pragmatyzm Trumpa z chrześcijańską moralnością i polską wrażliwością na historię zaborów. Provokujące pytanie: czy siła bez moralnych hamulców wciąż zasługuje na nasze poparcie?</itunes:summary>
      <itunes:subtitle>Po spektakularnym obaleniu Maduro w Wenezueli wielu Polaków poczuło niepokój – prezydent USA przestał mówić o demokracji i wolności, a zaczął otwarcie deklarować: „Ta ropa należy do nas”. Czy „America First” przerodziło się w klasyczny imperializm naftowy, w którym siła usprawiedliwia wszystko? Tekst konfrontuje twardy pragmatyzm Trumpa z chrześcijańską moralnością i polską wrażliwością na historię zaborów. Provokujące pytanie: czy siła bez moralnych hamulców wciąż zasługuje na nasze poparcie?</itunes:subtitle>
      <itunes:explicit>false</itunes:explicit>
      <itunes:episodeType>full</itunes:episodeType>
      <itunes:episode>3</itunes:episode>
    </item>
    <item>
      <guid isPermaLink="false">23938ef2-e151-4a91-9c82-25468b7fdfea</guid>
      <title>Suwerenność bez technologii to fikcja. Czy tracimy kontrolę nad własnym państwem?</title>
      <description><![CDATA[]]></description>
      <pubDate>Thu, 16 Apr 2026 14:25:03 +0000</pubDate>
      <author>tomasz.hildt@hjhps.com (The World Explained)</author>
      <link>https://the-world-explained.simplecast.com/episodes/niepodlego-naprawd-rUzf4iX5</link>
      <media:thumbnail height="720" url="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/80d67782-c4bc-48ed-ae1d-e8db8a3376f4/twe_podcast_02_large.png" width="1280"/>
      <content:encoded><![CDATA[]]></content:encoded>
      <enclosure length="6705704" type="audio/mpeg" url="https://cdn.simplecast.com/media/audio/transcoded/2726f6a8-0360-44f6-97bd-1acb53811cfa/05377bf6-d2b0-4d9f-9f25-5cfb49b9072a/episodes/audio/group/6f1ab822-0f6c-4cee-870b-97a208582336/group-item/ca31265d-08e0-424e-af30-36791c9fe9e2/128_default_tc.mp3?aid=rss_feed&amp;feed=a_YELVyb"/>
      <itunes:title>Suwerenność bez technologii to fikcja. Czy tracimy kontrolę nad własnym państwem?</itunes:title>
      <itunes:author>The World Explained</itunes:author>
      <itunes:image href="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/ad4d215b-a7c2-42c7-a474-0f9df57b58a0/3000x3000/twe_podcast_01_large.jpg?aid=rss_feed"/>
      <itunes:duration>00:05:35</itunes:duration>
      <itunes:summary>Niepodległość to dziś nie flaga i rocznica — to technologia, dane i sztuczna inteligencja. Polska posiada mniej niż 0,5% światowej mocy obliczeniowej AI, nie ma własnych systemów operacyjnych ani kontroli nad cyfrową infrastrukturą gospodarki. Bez suwerenności technologicznej niepodległość jest tylko iluzją.</itunes:summary>
      <itunes:subtitle>Niepodległość to dziś nie flaga i rocznica — to technologia, dane i sztuczna inteligencja. Polska posiada mniej niż 0,5% światowej mocy obliczeniowej AI, nie ma własnych systemów operacyjnych ani kontroli nad cyfrową infrastrukturą gospodarki. Bez suwerenności technologicznej niepodległość jest tylko iluzją.</itunes:subtitle>
      <itunes:explicit>false</itunes:explicit>
      <itunes:episodeType>full</itunes:episodeType>
      <itunes:episode>2</itunes:episode>
    </item>
    <item>
      <guid isPermaLink="false">32267dd8-9876-4b05-a6bb-9e6592f50214</guid>
      <title>&quot;Stabilna złotówka” to mit. Jak przez 25 lat straciliśmy połowę oszczędności.</title>
      <description><![CDATA[<p>Jechałem dziś samochodem i usłyszałem w radiu ekonomistę, który z przekonaniem tłumaczył słuchaczom, że kryptowaluty to bzdura, bo „za nimi nic nie stoi", i że powinniśmy trzymać się pieniądza fiducjarnego, który jest – uwaga – „stabilny". Musiałem zatrzymać się na poboczu, bo przez chwilę myślałem, że mam problem ze słuchem. Ekonomista, prawdopodobnie z tytułem naukowym i wieloletnim doświadczeniem, właśnie poradził Polakom, żeby ufali stabilności złotówki. W 2026 roku.</p>
<p>Patrząc na to wszystko z pewnym dystansem, trudno mi się oprzeć refleksji, jak bardzo zdezorientowana jest dzisiejsza debata ekonomiczna. Oto mamy eksperta, który ostrzega przed „niestabilnością" bitcoina i jednocześnie chwali zalety polskiego pieniądza fiducjarnego. Tymczasem dane Głównego Urzędu Statystycznego mówią coś zupełnie innego. Od roku 2000 do dziś skumulowana inflacja w Polsce wyniosła około 145 procent. Oznacza to w praktyce, że coś, co ćwierć wieku temu kosztowało sto złotych, kosztuje dziś około dwustu czterdziestu pięciu złotych. Nasz stabilny, fiducjarny pieniądz stracił ponad połowę swojej siły nabywczej.</p>
<p>To nie są abstrakcyjne liczby z ekonomicznych podręczników. To konkretna, bolesna rzeczywistość milionów Polaków. Ktoś, kto w 2000 roku trzymał oszczędności w złotówkach – bez żadnych lokat, bez inwestycji, po prostu w gotówce – dziś ma pieniądze warte mniej niż połowę pierwotnej wartości. Każdy, kto przez te dwadzieścia pięć lat systematycznie odkładał banknoty do puszki czy skarpety, de facto systematycznie tracił majątek. I to ma być przykład stabilności, którą ekonomista poleca w radiu?</p>
<p>Szczególnie wymowne jest rozłożenie tej inflacji w czasie. Do roku 2016 sytuacja wyglądała jeszcze względnie spokojnie – skumulowana inflacja wynosiła „tylko" około pięćdziesięciu pięciu procent. To wciąż oznaczało systematyczne pożeranie siły nabywczej, ale w tempie, które można było jakoś znieść i które nie rzucało się dramatycznie w oczy. Problem w tym, że potem nastąpiło przyspieszenie. A prawdziwy szok przyszedł w latach 2022-2023, kiedy roczna inflacja osiągnęła odpowiednio 14,4 i 11,4 procenta. Ta dwuletnia fala inflacji pandemiczno-wojennej sama w sobie dorzuciła ponad siedemdziesiąt punktów procentowych do całkowitego wyniku.</p>
<p>Średnioroczna inflacja przez cały ten okres wynosi około 3,5 procenta, ale – co kluczowe – ze zdecydowanie nierównomiernym rozłożeniem w czasie. To znaczy, że nasz rzekomo stabilny pieniądz fiducjarny co roku, systematycznie, zjadał oszczędności zwykłych ludzi w tempie, które w niektórych okresach przypominało raczej wenezuelskie czy tureckie standardy niż europejską stabilność. I właśnie na takim fundamencie ekonomista buduje swoją krytykę kryptowalut jako czegoś niepewnego i ryzykownego.</p>
<p>Mam wrażenie, że obserwujemy tutaj klasyczny przykład ekonomicznego dwójmyślenia. Z jednej strony uznajemy, że pieniądz, który przez ćwierć wieku stracił połowę wartości, zasługuje na miano „stabilnego". Z drugiej strony ostrzegamy przed ryzykiem inwestowania w aktywa, które – owszem – potrafią gwałtownie tracić na wartości, ale które w tym samym czasie potrafią też gwałtownie zyskiwać. Bitcoin może spaść o pięćdziesiąt procent w ciągu roku, ale może też wzrosnąć o trzysta. Polski złoty ma gwarancję, że straci kilka procent wartości każdego roku – i robi to z żelazną konsekwencją od dekad.</p>
<p>Nie chodzi mi oczywiście o to, żeby bezkrytycznie chwalić kryptowaluty czy sugerować, że każdy powinien natychmiast wymienić wszystkie oszczędności na bitcoiny. To byłaby równie nieodpowiedzialna rada jak ta, którą usłyszałem w radiu, tyle że w drugą stronę. Chodzi mi o to, że debata ekonomiczna powinna opierać się na faktach, a nie na wishful thinking i powtarzaniu frazesów, które straciły związek z rzeczywistością.</p>
<p>Kiedy ekonomista mówi, że „za kryptowalutami nic nie stoi", warto zapytać: a co stoi za polskim złotym? Czy to przypadkiem nie jest dokładnie to samo – zaufanie do instytucji, które go emitują? Różnica polega na tym, że w przypadku bitcoina mamy do czynienia z algorytmem, którego zasady są znane, przejrzyste i niemożliwe do jednostronnej zmiany przez jakąkolwiek władzę. W przypadku złotówki mamy instytucje, które przez ostatnie ćwierć wieku konsekwentnie, systematycznie i całkowicie legalnie pozbawiały nas połowy siły nabywczej naszych pieniędzy.</p>
<p>To, co najbardziej mnie uderza w tej całej sytuacji, to fakt, że ta ekonomiczna propaganda najwidoczniej działa. Ludzie wciąż wierzą, że trzymanie pieniędzy w bankach czy w gotówce to bezpieczna, konserwatywna strategia, podczas gdy inwestowanie w cokolwiek innego to ryzykowna spekulacja. Tymczasem prawda jest dokładnie odwrotna: w warunkach permanentnej inflacji to właśnie trzymanie pieniędzy w tradycyjnej formie jest najbardziej ryzykowną strategią ze wszystkich możliwych. To strategia gwarantowanej straty.</p>
<p>Oczywiście można powiedzieć, że inflacja to zjawisko globalne, że dotyka wszystkich krajów, że wynika z obiektywnych czynników ekonomicznych i że władze monetarne robią co mogą, żeby ją kontrolować. Owszem, część tych argumentów ma sens. Ale to nie zmienia podstawowego faktu: jeśli ktoś przez ostatnie dwadzieścia pięć lat słuchał rad ekonomistów o „stabilności" pieniądza fiducjarnego i trzymał oszczędności w złotówkach, to dziś ma połowę tego, co miał na początku. A gdyby zamiast tego włożył te pieniądze w indeks giełdowy, w nieruchomości, w złoto, czy nawet – o zgrozo – w bitcoina, prawdopodobnie miałby dziś wielokrotnie więcej.</p>
<p>Nie jestem fanem spekulacji finansowych ani nie uważam, że każdy powinien stać się daytraderem czy krypto-entuzjastą. Ale uważam, że ludzie mają prawo do uczciwej informacji o tym, co dzieje się z ich pieniędzmi. A uczciwa informacja brzmi tak: polski pieniądz fiducjarny przez ostatnie ćwierć wieku okazał się jedną z najgorszych możliwych form przechowywania wartości. Systematycznie, przewidywalnie i bezlitośnie pożerał oszczędności wszystkich, którzy mu ufali.</p>
<p>Może nadszedł czas, żeby ekonomiści w radiu zaczęli mówić prawdę. Albo przynajmniej przestali nazywać stabilnością to, co w rzeczywistości jest powolną, ale nieuchronną konfiskatą. Bo jeśli po dwudziestu pięciu latach systematycznych strat wciąż nazywamy złotówkę „stabilnym pieniądzem", to znaczy, że żyjemy w świecie, gdzie słowa całkowicie straciły związek ze znaczeniem.</p>
]]></description>
      <pubDate>Thu, 16 Apr 2026 12:55:56 +0000</pubDate>
      <author>tomasz.hildt@hjhps.com (The World Explained)</author>
      <link>https://the-world-explained.simplecast.com/episodes/radiowy-ekonomista-ACbC_QsE</link>
      <media:thumbnail height="720" url="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/80d67782-c4bc-48ed-ae1d-e8db8a3376f4/twe_podcast_02_large.png" width="1280"/>
      <content:encoded><![CDATA[<p>Jechałem dziś samochodem i usłyszałem w radiu ekonomistę, który z przekonaniem tłumaczył słuchaczom, że kryptowaluty to bzdura, bo „za nimi nic nie stoi", i że powinniśmy trzymać się pieniądza fiducjarnego, który jest – uwaga – „stabilny". Musiałem zatrzymać się na poboczu, bo przez chwilę myślałem, że mam problem ze słuchem. Ekonomista, prawdopodobnie z tytułem naukowym i wieloletnim doświadczeniem, właśnie poradził Polakom, żeby ufali stabilności złotówki. W 2026 roku.</p>
<p>Patrząc na to wszystko z pewnym dystansem, trudno mi się oprzeć refleksji, jak bardzo zdezorientowana jest dzisiejsza debata ekonomiczna. Oto mamy eksperta, który ostrzega przed „niestabilnością" bitcoina i jednocześnie chwali zalety polskiego pieniądza fiducjarnego. Tymczasem dane Głównego Urzędu Statystycznego mówią coś zupełnie innego. Od roku 2000 do dziś skumulowana inflacja w Polsce wyniosła około 145 procent. Oznacza to w praktyce, że coś, co ćwierć wieku temu kosztowało sto złotych, kosztuje dziś około dwustu czterdziestu pięciu złotych. Nasz stabilny, fiducjarny pieniądz stracił ponad połowę swojej siły nabywczej.</p>
<p>To nie są abstrakcyjne liczby z ekonomicznych podręczników. To konkretna, bolesna rzeczywistość milionów Polaków. Ktoś, kto w 2000 roku trzymał oszczędności w złotówkach – bez żadnych lokat, bez inwestycji, po prostu w gotówce – dziś ma pieniądze warte mniej niż połowę pierwotnej wartości. Każdy, kto przez te dwadzieścia pięć lat systematycznie odkładał banknoty do puszki czy skarpety, de facto systematycznie tracił majątek. I to ma być przykład stabilności, którą ekonomista poleca w radiu?</p>
<p>Szczególnie wymowne jest rozłożenie tej inflacji w czasie. Do roku 2016 sytuacja wyglądała jeszcze względnie spokojnie – skumulowana inflacja wynosiła „tylko" około pięćdziesięciu pięciu procent. To wciąż oznaczało systematyczne pożeranie siły nabywczej, ale w tempie, które można było jakoś znieść i które nie rzucało się dramatycznie w oczy. Problem w tym, że potem nastąpiło przyspieszenie. A prawdziwy szok przyszedł w latach 2022-2023, kiedy roczna inflacja osiągnęła odpowiednio 14,4 i 11,4 procenta. Ta dwuletnia fala inflacji pandemiczno-wojennej sama w sobie dorzuciła ponad siedemdziesiąt punktów procentowych do całkowitego wyniku.</p>
<p>Średnioroczna inflacja przez cały ten okres wynosi około 3,5 procenta, ale – co kluczowe – ze zdecydowanie nierównomiernym rozłożeniem w czasie. To znaczy, że nasz rzekomo stabilny pieniądz fiducjarny co roku, systematycznie, zjadał oszczędności zwykłych ludzi w tempie, które w niektórych okresach przypominało raczej wenezuelskie czy tureckie standardy niż europejską stabilność. I właśnie na takim fundamencie ekonomista buduje swoją krytykę kryptowalut jako czegoś niepewnego i ryzykownego.</p>
<p>Mam wrażenie, że obserwujemy tutaj klasyczny przykład ekonomicznego dwójmyślenia. Z jednej strony uznajemy, że pieniądz, który przez ćwierć wieku stracił połowę wartości, zasługuje na miano „stabilnego". Z drugiej strony ostrzegamy przed ryzykiem inwestowania w aktywa, które – owszem – potrafią gwałtownie tracić na wartości, ale które w tym samym czasie potrafią też gwałtownie zyskiwać. Bitcoin może spaść o pięćdziesiąt procent w ciągu roku, ale może też wzrosnąć o trzysta. Polski złoty ma gwarancję, że straci kilka procent wartości każdego roku – i robi to z żelazną konsekwencją od dekad.</p>
<p>Nie chodzi mi oczywiście o to, żeby bezkrytycznie chwalić kryptowaluty czy sugerować, że każdy powinien natychmiast wymienić wszystkie oszczędności na bitcoiny. To byłaby równie nieodpowiedzialna rada jak ta, którą usłyszałem w radiu, tyle że w drugą stronę. Chodzi mi o to, że debata ekonomiczna powinna opierać się na faktach, a nie na wishful thinking i powtarzaniu frazesów, które straciły związek z rzeczywistością.</p>
<p>Kiedy ekonomista mówi, że „za kryptowalutami nic nie stoi", warto zapytać: a co stoi za polskim złotym? Czy to przypadkiem nie jest dokładnie to samo – zaufanie do instytucji, które go emitują? Różnica polega na tym, że w przypadku bitcoina mamy do czynienia z algorytmem, którego zasady są znane, przejrzyste i niemożliwe do jednostronnej zmiany przez jakąkolwiek władzę. W przypadku złotówki mamy instytucje, które przez ostatnie ćwierć wieku konsekwentnie, systematycznie i całkowicie legalnie pozbawiały nas połowy siły nabywczej naszych pieniędzy.</p>
<p>To, co najbardziej mnie uderza w tej całej sytuacji, to fakt, że ta ekonomiczna propaganda najwidoczniej działa. Ludzie wciąż wierzą, że trzymanie pieniędzy w bankach czy w gotówce to bezpieczna, konserwatywna strategia, podczas gdy inwestowanie w cokolwiek innego to ryzykowna spekulacja. Tymczasem prawda jest dokładnie odwrotna: w warunkach permanentnej inflacji to właśnie trzymanie pieniędzy w tradycyjnej formie jest najbardziej ryzykowną strategią ze wszystkich możliwych. To strategia gwarantowanej straty.</p>
<p>Oczywiście można powiedzieć, że inflacja to zjawisko globalne, że dotyka wszystkich krajów, że wynika z obiektywnych czynników ekonomicznych i że władze monetarne robią co mogą, żeby ją kontrolować. Owszem, część tych argumentów ma sens. Ale to nie zmienia podstawowego faktu: jeśli ktoś przez ostatnie dwadzieścia pięć lat słuchał rad ekonomistów o „stabilności" pieniądza fiducjarnego i trzymał oszczędności w złotówkach, to dziś ma połowę tego, co miał na początku. A gdyby zamiast tego włożył te pieniądze w indeks giełdowy, w nieruchomości, w złoto, czy nawet – o zgrozo – w bitcoina, prawdopodobnie miałby dziś wielokrotnie więcej.</p>
<p>Nie jestem fanem spekulacji finansowych ani nie uważam, że każdy powinien stać się daytraderem czy krypto-entuzjastą. Ale uważam, że ludzie mają prawo do uczciwej informacji o tym, co dzieje się z ich pieniędzmi. A uczciwa informacja brzmi tak: polski pieniądz fiducjarny przez ostatnie ćwierć wieku okazał się jedną z najgorszych możliwych form przechowywania wartości. Systematycznie, przewidywalnie i bezlitośnie pożerał oszczędności wszystkich, którzy mu ufali.</p>
<p>Może nadszedł czas, żeby ekonomiści w radiu zaczęli mówić prawdę. Albo przynajmniej przestali nazywać stabilnością to, co w rzeczywistości jest powolną, ale nieuchronną konfiskatą. Bo jeśli po dwudziestu pięciu latach systematycznych strat wciąż nazywamy złotówkę „stabilnym pieniądzem", to znaczy, że żyjemy w świecie, gdzie słowa całkowicie straciły związek ze znaczeniem.</p>
]]></content:encoded>
      <enclosure length="10159298" type="audio/mpeg" url="https://cdn.simplecast.com/media/audio/transcoded/2726f6a8-0360-44f6-97bd-1acb53811cfa/05377bf6-d2b0-4d9f-9f25-5cfb49b9072a/episodes/audio/group/b2f34208-7850-4bcb-a5d1-c0ceeaa24e11/group-item/df288629-860e-4d72-bf9f-ae7ff68fc4ce/128_default_tc.mp3?aid=rss_feed&amp;feed=a_YELVyb"/>
      <itunes:title>&quot;Stabilna złotówka” to mit. Jak przez 25 lat straciliśmy połowę oszczędności.</itunes:title>
      <itunes:author>The World Explained</itunes:author>
      <itunes:image href="https://image.simplecastcdn.com/images/d24b2682-9ed1-47fc-a07a-a3399133fa71/ad4d215b-a7c2-42c7-a474-0f9df57b58a0/3000x3000/twe_podcast_01_large.jpg?aid=rss_feed"/>
      <itunes:duration>00:09:11</itunes:duration>
      <itunes:summary>Jechałem samochodem i usłyszałem ekonomistę, który przekonywał, że złotówka jest stabilna. Postanowiłem sprawdzić dane. Skumulowana inflacja w Polsce od 2000 roku wyniosła 145 procent.</itunes:summary>
      <itunes:subtitle>Jechałem samochodem i usłyszałem ekonomistę, który przekonywał, że złotówka jest stabilna. Postanowiłem sprawdzić dane. Skumulowana inflacja w Polsce od 2000 roku wyniosła 145 procent.</itunes:subtitle>
      <itunes:keywords>ekonomia, kryptowaluty, złotówka, inflacja, bitcoin</itunes:keywords>
      <itunes:explicit>false</itunes:explicit>
      <itunes:episodeType>full</itunes:episodeType>
      <itunes:episode>1</itunes:episode>
    </item>
  </channel>
</rss>